|
Żeglarstwo jest Twoją pasją? Jeżeli tak, to zapisz się na naszą listę newsletter. Raz w tygodniu otrzymasz, wprost do swojej skrzynki e-mail, podsumowanie najważniejszych wydarzeń ze świata żeglarstwa.
|
Jak to jest gdy się tonie? - Velux 5 Oceans |
| wtorek, 24.05.2011 | |
|
Około godziny 22.00 UTC zszedłem do kabiny i zastałem taki widok, że każdy żeglarz przełyka w tym momencie gulę strachu: woda, dużo wody. Na powierzchni unosiło się całe moje życie - ubrania, gazety, butelki na wodę, liofilizowane jedzenie oraz malownicza zawartość worka na śmieci. Byłem na pokładzie jakieś 40 minut - zrzucałem Code 5 i stawiałem Solenta, trymowałem żagle, porządkowałem pokład, płynąc jednocześnie z prędkością około 18 węzłów.
Spartan leciał. Kiedy patrzyłem z zejściówki do środka wydawało mi się niemożliwe, że tak dużo wody naleciało do środka w tak krótkim czasie. Sądziłem, że to już koniec mojej podróży dookoła świata - na tydzień przed metą. Nie było czasu na myślenie - trzeba było działać. Jechałem prawym halsem, więc przechył był na lewą stronę. Kiedy postawiłem nogę tam gdzie było płyciej sięgało mi tuż pod kolano. Z drugiej strony było powyżej dolnej koi. Do połowy obudowy silnika. Rozejrzałem się dookoła - kiedy stanąłem przodem do kokpitu zobaczyłem fontannę wody tryskającą od strony grodzi oddzielającej achterpik od kabiny głównej. Najpierw pomyślałem, że musieliśmy uderzyć w drzewo albo inny obiekt znajdujący się pod wodą. Ale to miało znaczenie drugorzędne. W takiej sytuacji, gdy trzeba walczyć o ocalenie jachtu, trzeba zrobić jednocześnie dwie rzeczy - zatrzymać napływ wody i zacząć się jej pozbywać. Ja postanowiłem najpierw zacząć ją wylewać a potem szukać źródła przecieku. Uruchomiłem system opróżniania zbiorników balastowych w taki sposób, że zacząłem pozbywać się wody ze środka. Zbiorniki napełniłem, wychodząc na pokład - musiałem dociążyć rufę, żeby dziób mieć w górze, bo kiedy zanurza się w wodzie, jacht traci prędkość. Woda zaczęła natychmiast szybko uciekać. Ale chyba wtedy złapałem tratwę i wyszedłem do kokpitu. Nie była mi jeszcze potrzebna - do tratwy wchodzi się w górę z tonącej jednostki - ale nie chciałem niczego pozostawiać przypadkowi. Gdyby coś nie wyszło mógłbym jej po ciemku nie znaleźć. Wody ubywało. Ale przelewała się wciąż tuż pod mechanizmem autopilota. Wiedziałem, że jak go zaleje, będzie dużo gorzej. Będzie trzeba natychmiast zrzucić żagle a woda przestanie tak szybko uciekać, bo prędkość jachty spadnie do zera. Musiałbym wylewać wodę czerpakiem, bo elektryczne pompy już działały i nie dawały sobie rady wystarczająco szybko. Wody było pod kolano. Wychodząc wcześniej na pokład, wyjąłem z wodoszczelnej torby na ubrania czapkę i zostawiłem torbę otwartą. Teraz cała zawartość była przesiąknięta wodą. Skrzynia silnika była już ponad wodą, ale akumulatory pozostawały zanurzone w całości. Autopilot działał. Przegrałem bitwę o ubrania, ale zaczynałem wygrywać wojnę. Przez głowę przelatywały mi pytania, w co mogłem uderzyć, że tego ni poczułem ani nie zauważyłem. Co muszę zabrać do tratwy, gdybym musiał do niej wejść. Nad stołem nawigacyjnym wisiał srebrny zegarek kieszonkowy, który bardzo wiele dla mnie znaczy i już drugi raz okrąża ze mną świat. Pomyślałem, że skoro coś tak delikatnego i precyzyjnego nie doznało uszczerbku - jest nadzieja. Po 15 minutach poziom wody obniżył się zauważalnie i wtedy pomyślałem po raz pierwszy, że chyba to nie jest pęknięty na wylot kadłub. Fontanna zmalała - podszedłem bliżej. Kadłub pod tylnią grodzią był pęknięty na długości około 3 stóp ale co ciekawe woda lała się stamtąd coraz słabiej. Zadzwoniłem do biura regat z informacją, że podejrzewam pęknięcie kadłuba, ale że na razie wygrywam z wodą i zadzwonię za godzinę. Włączono monitorowanie mojej pozycji, kursu i prędkości co kilka minut. Woda sięgała teraz do kostek i trzeba było zacząć wylewać ją ręcznie z poszczególnych sekcji kabiny głównej. Wylewałem walcząc z bólem ramion, ale musiałem mieć pewność, że górna część akumulatorów będzie ponad wodą, a autopilot i telefon satelitarny będą poza strefą zagrożenia. Potem osuszyłem silnik na ile się dało, wydmuchałem wodę z rozrusznika i z zaciśniętymi kciukami nacisnąłem starter. Zaskoczył. Zapaliła się lampka ładowania na tablicy kontrolnej. Usiadłem w zejściówce dziękowałem bogom skandynawskiej myśli technicznej w dziedzinie silników jachtowych. Zadzwoniłem do biura regat, żeby powiedzieć, że sytuacja opanowana. Wtedy dowiedziałem się, że aktywowała się moja radioboja a Gutek i Derek zostali poproszeni o zmianę kursu. Serce mi stanęło. Jako profesjonalny żeglarz nigdy nie uruchomiłbym radioboi, chyba że wchodząc do tratwy ze świadomością bezpośredniego zagrożenia życia. Nie tonąłem, kontrolowałem sytuację i nie potrzebowałem asysty. W osłupienie wprawiła mnie informacja, że pozostali płyną mi na pomoc. W trakcie rozmowy oficjalnie zapewniłem, że nic nie włączałem i sprawdziłem obie radioboje. Były nieaktywne, ale uświadomiłem sobie, że jedna z nich musiała zostać obmyta falą, bo wewnątrz było przecież dużo wody. A radioboję aktywuje kontakt z wodą. Powinna być zamontowana wyżej. Niemniej ogromne wrażenie zrobiła na mnie prędkość, z jaką zaplanowana została akcja ratunkowa i wiedziałem, że gdybym musiał wysiadać z jachtu, Gutek i Derek byliby zaraz przy mnie, razem z helikopterem kanadyjskich służb ratowniczych. Czułem się okropnie. Wprawdzie nadal miałem ponad tonę wody w łódce, ale nie zamierzałem się poddawać. Obejrzałem wszystko jeszcze raz. Nie ulegało wątpliwości, że kadłub jest cały. Ogromna ulga. Pęknięcie było w miejscu mocowania grodzi do kadłuba. Faktyczni długie, ale teraz już nie leciała z niego woda. Nagle powód stał się oczywisty. Będąc na pokładzie otworzyłem zawór, żeby napełnić tylne zbiorniki balastowe. Kiedy są pełne, przelewa się przez dwa zawory na rufie a potem wlewa się do kokpitu przez wejście pomp balastowych. Po 30 000 mil w tych regatach oraz 60 000 jakie Spartan miał za rufą już wcześniej, gródź częściowo się odlaminowała, a zawartość dwóch zbiorników balastowych wylądowała w kabinie. 1,5-tonowy zbiornik napełniam 6 minut przy prędkości 16 węzłów za pomocą jednej rury o przepustowości węża strażackiego. Byłem na pokładzie 40 minut, otworzyłem oba wloty licząc na to, że ciśnienie ujdzie przez zawór przelewowy na rufie. Z powodu pęknięcia pod grodzią woda przelewała się ze zbiorników bezpośrednio do kabiny powodując dramatyczną sytuację. Zadzwoniłem do Gutka i Dereka żeby przeprosić za to, że musieli zawracać. Ilość pozytywnych emocji, jaką od nich dostałem, była prawdziwą ulgą. Dostaną wyrównanie za stracony czas, ale w tym momencie nikogo to nie obchodziło - obaj cieszyli się, że nic mi się nie stało. Bardzo im dziękuję, tak samo jak Bradowi, który rozmawiał ze mną bardzo długo tej nocy. Zapraszamy na: www.velux5oceans.com |
BEZPŁATNY MAGAZYN ŻEGLARSKI
Już nigdy nie przegapisz najważniejszych informacji ze świata żeglarstwa! Zapisz się na naszą listę newsletter a raz w tygodniu otrzymasz bezpłatny biuletyn z podsumowaniem aktualnych wydarzeń!
Zgodnie z ustawą o ochronie danych osobowych z 29 sierpnia 1997 roku (Dz. U. nr 133, poz. 883), wysłanie wypełnionego formularza oznacza zgodę użytkownika na gromadzenie, przetwarzanie i wykorzystywanie zawartych w formularzu informacji przez portal żeglarski sailnews.pl w celach statystycznych i marketingowych.