Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Strona główna arrow Aktualności arrow Relacja - Ocean Freefide

Relacja - Ocean Freefide

poniedziałek, 19.12.2011
Image
materiały prasowe
Otrzymaliśmy kolejną relację z partonowanej przez nas wyprawy Ocean Freeride. Zapraszamy do lektury. "Za naszą rufą pozostał kolejny z Argentyńskich portów, Puerto Madryn, ze swoimi wielorybami i pustynnym stepem rozciągającym się za miastem. A my, swoim zwyczajem w dalszym ciągu płyniemy na południe, jeszcze jakieś tysiąc pięćset mil, do Hornu, a potem przez Chile, przez kanały Patagonii z powrotem, do ciepłych krajów północy. 
 
Wcześniej jednak musimy dotrzeć do portu Ushuaia, najpopularniejszej bazy wypadowej na groźny przylądek burz. Zatrzymamy się w niewielkim Puerto Desaedo, zamieszkałego przez niewiele ponad 5000 dusz. Rejs do tego sennego miasteczka trwał już od kilku dobrych dni, gdy dotarł do nas komunikat o sztormie zmierzającym z południa. Postanowiliśmy przeczekać go w zatoce Caleta Hornos, opisywanych przez locję jako „najlepsze kotwicowisko w Argentynie”. Zatoka, czy raczej zatoczka, wcina się dość głęboko, na pół mili w dziki, niezamieszkały przez nikogo step.
 
Wkrótce po przybyciu na miejsce podjęliśmy kroki zmierzające do zabezpieczenia jachtu przed wiatrem i potężną falą, która mogła by nas tam dosięgnąć. Po wyrzuceniu dwóch kotwic i złożeniu dwóch długich cum na pobliskich skałach poczuliśmy się na tyle pewnie aby na moment zostawić „Annę F” samą i wyruszyć na rekonesans po otaczający nas lądzie. Pustynię porastają tu i ówdzie drobne kępy krzaków i skarłowaciałe drzewa, pomiędzy którymi można niekiedy dostrzec kości padłych zwierząt bielejących na słońcu. Jedyne przejawy życia jakie tu spotkaliśmy to niewielkie stada płochliwych guanaków. Od najbliższych ludzkich zabudowań dzieliło nas 25 kilometrów, zaś najbliższa osada znajdowała się ponad 40 kilometrów stąd. Surowe piękno tego miejsca stanowiło przyjemny kontrast dla widoku szarego morza, do którego zdążyliśmy przywyknąć tak bardzo. 
 
Miejsce to zgodnie z posiadanymi przez nas informacjami faktycznie okazało się być doskonałym miejscem na przeczekanie nawałnicy. W czasie gdy na pełnym morzu szalał wiatr, my staliśmy spokojnie niczym zacumowani w marinie lub przy solidnym pirsie. Kilka dni później znaleźliśmy się w Desoado. Zacumowaliśmy przy statku-pilocie „Yamana”, którego załoga przyjęła nas z ogromną życzliwością i gościnnością. Jakże wielkie było zdziwienie jego załogantów, gdy dowiedzieli się, że pochodzimy z dalekiej Polski. Po dłuższej rozmowie okazało się bowiem, że zaledwie wczoraj gościli oni inny Jacht przybyły z naszego kraju - s/y „Polonus” podążający od kilku miesięcy tą samą trasą, którą my wybraliśmy. 
 
W Desoado, przebywaliśmy ponad tydzień, oczekując na przybycie nowego, tym razem stałego załoganta naszej wyprawy – Krzysztofa Bonczarskiego, który będzie nam towarzyszył aż do końca naszej przygody w porcie Halifax w Kanadzie. Nie były to jednak jedyne głośne odwiedziny tamtego dnia. Do pobliskiego klubu kajakarskiego zawitał niecodzienny gość, była to niemiecka kajakarka Frenia Hoffmeister, która podjęła się niezwykle ambitnego zadania, jakim jest odbycie rejs dokoła świata samotnie, w kajaku. 
 
W czasie gdy nasza niemiecka koleżanka ….. my wyruszyliśmy do Ushuaia. Rejs ten okazał się być najtrudniejszym jak do tej pory odcinkiem, jaki musieliśmy pokonać na naszej trasie. Popularne „Ryczące Czterdziestki” nie okazały się tak straszne jak przypuszczaliśmy, jednak ich starsze siostry - „Wyjące Pięćdziesiątki” z którymi mieliśmy do czynienia teraz w pełni zasłużyły na swój przydomek. Wody te są tak samo niebezpieczne jak nieprzewidywalne. Wiatry są tu tak samo silne jak zmienne.
 
Nie zapominajmy także o wszechobecnej martwej fali, bujającej łódką w nielicznych momentach, gdy wiatru akurat brakuje. Zdążyliśmy pokonać zaledwie 300 z ok. 700 mil dzielących nas od celu, gdy prognoza pogody ostrzegła nas przed potężnym sztormem o sile dochodzącej do 45 węzłów. Na schronienie przed nim wybraliśmy zatokę …… na Isla De Los Estados. Jest to wyspa o powierzchni ……. zamieszkała przez dzikie barany, kondory przez jednego tylko człowieka – pracownika Argentyńskiej prefektury.
 
Pomimo szczerych chęci nie mieliśmy okazji się z nim spotkać. Krajobraz wyspy wpisuje się w charakterystyczny wzór rejonu południowej Patagonii. Wysokie góry ustępując gdzieniegdzie miejsca polanom porośniętym przez grubą, ostra trawę i mech tak mięsisty, ze dorosły mężczyzna zapada się w nim niemal po kolana.
 
Wycieczki w głąb wyspy były niezapomnianym doświadczeniem, mało który z naszych załogantów miał bowiem okazję maszerować przez prawdziwą dzicz. Przez miejsca, w których nikt nie wyznaczył tras turystycznych, nikt nie wydeptał wygodnych ścieżek a strumienie przekraczać można tylko przez bród, ponieważ nikt nie zbudował nad nimi mostów. Sztorm przeczekaliśmy stojąc na kotwicy, przywiązani do drzew aż pięcioma cumami. Uderzenia szkwałów świstały w naszym takielunku wydobywając z niego dźwięk, który mimo iż nieprzyjemny, sprawiał, że czuliśmy wielką satysfakcję z przebywania w tym właśnie miejscu a nie na otwartej wodzie.
 
Nasze myśli wybiegały również nieco na przód, oczekiwaliśmy przecież na odpowiednie warunki do przepłynięcia cieszącej się złą sławą cieśniny Le Maire, będącej grobem jednego z polskich jachtów – s/y „Nashachata”. 

Wojciech Hajduk"
 
Zapraszamy na: www.oceanfreeride.pl 
 
Przeczytaj informacje o zbliżonej tematyce
{mosloadposition taxonomy}
 

BEZPŁATNY MAGAZYN ŻEGLARSKI

Już nigdy nie przegapisz najważniejszych informacji ze świata żeglarstwa! Zapisz się na naszą listę newsletter a raz w tygodniu otrzymasz bezpłatny biuletyn z podsumowaniem aktualnych wydarzeń!

Zgodnie z ustawą o ochronie danych osobowych z 29 sierpnia 1997 roku (Dz. U. nr 133, poz. 883), wysłanie wypełnionego formularza oznacza zgodę użytkownika na gromadzenie, przetwarzanie i wykorzystywanie zawartych w formularzu informacji przez portal żeglarski sailnews.pl w celach statystycznych i marketingowych.