Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Strona główna arrow Aktualności arrow Polskie żeglarki uratowane (aktualizacja 21:00)

Polskie żeglarki uratowane (aktualizacja 21:00)

wtorek, 06.01.2009

Kapitan Marta Sziłajtis-Obiegło
mantra28.pl
Dwie młode polskie żeglarki zostały uratowane po tym jak ich jacht urwawszy się z kotwicy zaczął płynąć w kierunku przybrzeżnych raf, w Kenton-on-Sea w Republice Południowej Afryki. Ostatecznie, według relacji służb ratownictwa morskiego, jacht cudem, dosłownie o kilka centymetrów minął rafy i osiadł na mieliźnie, 20 metrów od plaży, smagany 4 metrowymi falami... Na pokładzie jachtu "Mantra Ania" znajdowała się kapitan Marta Sziłajtis-Obiegło (lat 23) oraz towarzysząca jej Magda Makowska (lat 21). Cała akcja ratunkowa potrwała około 45 minut. Na szczęście nasze żeglarki nie ucierpiały, czego niestety nie można powiedzieć o jachcie...

Jacht został odholowany do Port Elisabeth w Republice Południowej Afryki w celu dokonania niezbędnych napraw. Ze wstępnych informacji wynika iż po dokonaniu naprawy kadłuba, rejs będzie kontynuowany.

Wyprawa Marty Sziłajtis-Obiegło rozpoczęła się od intensywnych przygotowań w szczecińskiej stoczni kpt. Andrzeja Armińskiego – pomysłodawcy i organizatora rejsu. Na początku kwietnia 2008 r. poleciała do Wenezueli, gdzie w marinie w Puerto la Cruz czekał już jacht. Tu wystarczyło dokonać ostatniego przeglądu jednostki, załatwić kilka niezbędnych formalności, zaopatrzyć się w prowiant i … 28 kwietnia 2008 wyruszyła w drogę. Rozpoczęła - jak sama mówi – rejs marzeń, podróż, która pozwoli jej mierzyć się nie tylko z wiatrem i falami, ale – być może przede wszystkim – z samą sobą i własnymi słabościami.

Rejs odbywa się trasą pasatową, która wiedzie przez Panamę, Wyspy Galapagos, Wyspy Polinezji, Australię, Wyspy Oceanu Indyjskiego, Afrykę Południową. Dalej przez Atlantyk do Brazylii, na karnawał i powrót do Wenezueli.

Jacht „Mantra Ania” ma wzmocnioną konstrukcję kadłuba, powiększony stół nawigacyjny z dużą ilością wyposażenia elektronicznego, duże zbiorniki na wodę i paliwo oraz liczne udogodnienia, które zapewniają jednostce znaczną autonomiczność i pozwalają na wielodniową żeglugę bez zawijania do portu.

Wyprawa Marty Sziłajtis-Obiegło jest już drugim wokółziemskim rejsem jachtu „Mantra Ania”. W latach 2005-2007 płynął on w Kobiecych Regatach Dookoła Świata, w których  oceany przemierzały dwie identyczne mantry 28, każda z dwiema żeglarkami na pokładzie. Rejs dokoła świata z wyłącznie kobiecą obsadą był niecodziennym wydarzeniem i otrzymał  Nagrodę Honorową PZŻ Rejs Roku 2007.  Spotkał się z żywym zainteresowaniem i sympatią miłośników jachtingu w różnych częściach świata. Spodobał się bardzo również jego uczestniczkom. Stąd też kolejne przedsięwzięcie: druga pętla dookoła świata, na tych samych jednostkach, ale tym razem - z jedną tylko żeglarką, samotnie zmierzającą do celu.

Aktualizacja 07.01.2009 21:00 z informacji przekazanych w mailu od Piotra Stalmarczyka cytujemy relację Andrzeja Armińskiego.

"Ciągnąca się po dnie kotwica i awaria silnika doprowadziły do wysztrandowania jachtu na plaży.Ponieważ stacja ratownicza była blisko, pomoc w postaci motorówki i pontonu nadeszła w ciągu 40 minut. Dzięki ofiarności ratowników, zmagających się z przybojem został założony hol i po następnych 30 min. jacht był już holowany do mariny w Port Elizabeth, gdzie został wyciągnięty na brzeg w celu dokonania przeglądu.Straty są następujące: odspojone przylaminowanie dennika w rejonie balastu, uszkodzone łożysko steru i prawdopodobnie nieco zgięty trzon sterowy. Kosz dziobowy wygięty przez linę holowniczą. Naprawa i próby przed kolejnym odcinkem rejsu zajmą tydzień".

Aktualizacja: Na stronie samotnej żeglarki możemy przeczytać także kilka wpisów z ostatnich dni rejsu, opisujących zaistniałą sytuację. Warto się z nimi bliżej zapoznać gdyż rzucają więcej światła na całą sprawę.

Grudzień 31, 2008 16:09
Port Elizabeth


Nie ma Internetu tutaj i wszystko zamknięte. Pada, wieje i dalej jest zimno, ma jeszcze więcej wiać dzisiaj w nocy. Stoję na kobyłkach i jeszcze łódkę mi przywiązali do betonowych bloków na kei, bo ponoć potrafią odlecieć. Po kolei, to tak jak mówiłam przez telefon ja jestem cała w siniakach i mocno podrapana i przeziębiona, ale OK. Cała akcja trwała od 3-4 w nocy. Swell szybko wynosił mnie w stronę plaży. Silnik najpierw zapalił z trudem i dał dużo dymu, tym razem czarnego i widać jak rufa wygląda. Nie chciał wejść na obroty albo swell był za duży i zgasł. Więcej już nie zapalił, chyba rozładowała się bateria przy licznych próbach jego uruchomienia albo coś nie styka, nie wiem. Ciągnęłam kotwice dość szybko i zaczęłam pukać balastem w piach. Wezwałam assistance, odezwał się najpierw rybak, ale nie mógł podejść bo za duży swell. Po 40 min przyjechało rescue i dość długo nie mogli zamontować holu. W tym czasie już sie kotwica zerwała i zostałam tak z 1/3  łańcucha. Udało sie zejść i najpierw chcieli holować do Port Alfred, ale tam nie ma ani napraw, ani dźwigu, więc poprosiłam do port Elizabeth. I tam zaczęli mnie holować. Przy Bird Island w połowie drogi przekazali hol łodzi z bazy w Port Elizabeth i ci już kazali mi zejść z pokładu, dali 2 ratowników na pokład. Powiedziałam im jak odpompować zenzę i sterować.  Łódka brała wodę tak ok. 5 litrow na godzinę. Tak naprawdę, to nie wiem czy nie nabrała przy pukaniu balastem o piach a nie przy holowaniu, ale szybko ta woda sie nie wlewała. Wszystkie śruby są ruszone, balast się nie kiwa, ale dookoła tam gdzie sikaflex szpara się zrobiła i z niej woda leci. Poprzeczna wręga, ta, co odbiera uderzenia z balastu jest pęknięta wzdłuż po prawej stronie, dół balastu w porządku, płetwa sterowa jest prosta ale trzon jest wygięty pod jacht i znacznie ciężej chodzi rumpel - może łożysko? To pękniecie w zęzie za zlewem kuchennym dotyczy tylko wtórnego przylamininowania dennika, a nie na wylot dna. Dno jest całe.

Do zrobienia: Przegląd silnika, wtryskiwacze, cylindry, kolanko i nie wiem co jeszcze tam się zepsuło. Jest tu dealer Yanmara, ale nic nie ma i wszystko z Cape Town jedzie. Nie wiem czy jest jakikolwiek mechanik, bo jedni na drugich gadają, że są psuje i głupki. Spawanie kosza dziobowego, prostowanie stójek - jest całkiem wyrwany i krzywy. Wzmocnienie lub wycięcie i odbudowanie tej dennika za balastem. Płetwę sterową trzeba zdjąć i zmienić łożysko lub wyprostować. Cynk na śrubie jest całkiem zżarty. Ja mam zapasowy więc przy okazji chyba też zmienić. Sztag jest lekko zgięty od kosza, który się o niego opierał po wyrwaniu. A maszt, o który sie martwiłam, się trzyma nawet po holowaniu.

Grudzień  31, 2008 20:54
Port Elizabeth


Akcja ratownicza myślę, że to spore przeżycie dla każdego żeglarza. Ja tak naprawdę żadnego maydaya nie wysłałam tylko poprosiłam o assistance jak już ani kotwica, ani silnik nie chciały współpracować.

Statek rybacki był za duży na płytką malowniczą zatoczkę, ale NSRI z Port Alfred przybyło expresowo. Łódka wyjechala na plaże tak jak to łódki robią, zamknęłam zawory denne i zabezpieczyłam wszystkie latające przedmioty, przywiązałam bom. Położyłam się na piaseczku i czekała aż dobrze zamontują hol. Po pół godziny już byłam na otwartej wodzie zastanawiając się dlaczego nie ma właściwie poważnych strat. Kawa sie wylała i jakiś słoiczek sie stłukł, sądząc po zapachu z curry. Jednak statki to trzeba umieć budować, a te dla blondynki powinny być na prawdę odporne...

Ratownicy w południowej Afryce - to służba ochotnicza, w każdej restauracji, sklepie, banku są małe skarbonki w kształcie stateczku z napisem, że to na wsparcie NSRI toteż w duchu cieszyłam się, że nie jednego randa tam wsadziłam. Dwóch młodych ludzi którzy podpłynęli do jachtu z uśmiechem mówiąc good morning madamme wydawało się dobrze bawić w tej zimnej wodzie. Ja walczyłam z kotwicą na dziobie, nieustannie zalewana przez fale, ale byłam tak zła, że wcale nie czułam, że woda zimna. Zaskoczyła mnie różnorodność profesji jakie uprawiają w swoim codziennym zawodowym życiu ratownicy. Juan jest np. architektem, kto inny zajmuje się służbami więziennymi, następny jest kardiochirurgiem, a jeszcze inny ma warsztat samochodowy. Samo zatrudnienie lub duża dyspozycyjność w pracy pozwala im w wolnych chwilach ratować łódki z opresji, a już w ogóle są cali szczęśliwi, jak znajdują tam młodą kobietę.

Byli tak mili, że zgodzili się poholować mnie w stronę Port Elizabeth, gdzie dostępnych jest więcej sklepów z częściami, mechaników i w ogóle jest to trochę większe miasteczko. W połowie drogi przekazano mnie holownikowi z Port Elizabeth z kolejna miła załoga. Dopłynęłam do portu na sznurku i od razu zażyczyłam sobie wyciagania statku z wody, trzeba było zobaczyć co się tam dzieje. Po wyjęciu wygląda normalnie, nie widać by coś się zdarzyło, ale potrzebny będzie przegląd i odpoczynek i mojej łódeczce i mnie…

Styczeń 1, 2009 17:22
Sylwester


Sylwestra spędziłam z bardzo sympatyczna załogą ratowników. Byli na służbie, więc impreza niemalże bezalkoholowa w bazie ratownictwa morskiego.

Sympatyczny klimat, morskie opowieści i wszyscy się o mnie troszczą jakby się naprawdę coś wielkiego stało. Tak na prawdę, to oni troszeczkę się tu nudzą i ostatnia akcja ratownicza to była dość dawno, więc pod kątem zawodowym jestem dla nich atrakcją. Mieli okazje poćwiczyć trochę, ja oczywiście musiałam wszystkich pouczać jak rzucać linę pod wiatr, za co holować, jak cumy do podejcia burta w burtę założyć więc jest śmiesznie. Zaproponowali mi nawet dołączenie do zespołu.

Jest rano, już po śniadaniu, wszystko zamknięte i nie zapowiada się by przez długi weekend cokolwiek otworzyli więc zastanawiam się nad wyjazdem z miasta na zwiedzanie dzikiej Afryki.

Styczeń 2, 2009 10:12
Prasa


Myślałam, że Nowy Rok będzie już lepszy… Moja świeżo wynajęta Yariska czeka już gotowa do wycieczki, kremy z filtrem i mapy spakowane, lornetka i trochę przekąsek w bagażniku, a tu do mnie podchodzi pan z mariny i mówi, że widział mnie w gazecie... Przyniósł mi artykuł i się nieźle pośmiałam, jak to się dziennikarze nie bardzo mogą zdecydować czy była rafa czy jednak plaża, czy był sztorm - czy tylko fala przybojowa... Sporo się z takiej kompetentnej prasy można dowiedzieć  np. że wezwałam mayday a uszkodzenia jakie odniósł jacht kwalifikują go do kasacji…

Fakt faktem nie chciałam z panią rozmawiać, która łamanym angielskim, a właściwie w języku Zulu próbowała mnie o coś pytać właśnie jak wyciągałam łódkę , świeżo po dopłynięciu do portu, a skomentowala to ze odmowiłam kontaktu z prasą...

Panowie ratownicy mówią, że te gazety piszą co chcą i nie ma co się z nimi kłócić o bzdury jakie tam publikują, bo im wszytsko wolno. Po wywrotce statku rybackiego zaginęło 14 ciał. Ta sama gazeta napisała, że akcja ratownicza zakończona sukcesem w postaci odnalezienia wszystkich rybaków. Dzień później sprostowanie bo 9 zwłok wyrzuciło morze na plażę a śmigłowiec na 3 dni później znalazł 4 kolejnych... To i tak miałam szczęście, że w artykule o mnie nie zostałam kaleką do końca życia i nie było tam ani słowa o UFO.

Po pierwszych publikacjach zaczęli dzwonić Polacy mieszkający w Republice Południowej Afryki mówiąc, że myśleli, że nie żyję...  No to im mówiłam, że muszę ich rozczarować, bo i ja i łódka mamy się nieźle. Jednak jak ludzie lubią krew, ratownictwo, roztrzaskujące się jachty i rafy i inne bzdury. Trochę szkoda, że niekłamany sukces, jakim jest prawie 9 miesiecy samotnej żeglugi w tym ginie...

Styczeń 4, 2009 10:12
Niedziela


Jest śliczne popołudnie po męczącej wyprawie wzdłuż wybrzeża. Ale warto było, drogi świetne a co widziałam to moje! Nie wypada być w Afryce i słonia nie widzieć, więc i ten punkt wycieczki dookoła świata zrealizowano. Słoń byl tak naprawdę słonica i miał na imię Tondie. Była bardzo śliczna i duża, łapała mnie trąbą za rączki i nie tylko. Nie pozostawałam dłużna i klepałam ją po tej 3 centymetrowej skórze i ciągnęłam za ogon. Bardzo żarłoczne to stworzenie je nawet 500 kg dziennie, przy mnie zjadła chyba z 30… Przejechałam ponad 600 km a krajobraz zmieniał się jak w kalejdoskopie. Raz sawanna raz wysokie góry, strome przełomy rzek i piaszczyste wybrzeże. Plaża zbudowana przez stały wiatr szeroka na kilka kilometrów. Tworzy wydmy które mogą równać się z tymi w Łebie, tylko, że w Łebie cieplejsza woda. Tutaj to ma może 15 stopni.

Słoń nie był jedyną atrakcją, był też leniwy lew co po śniadaniu leżał w trawie, równie mało aktywna żyrafa co siedziała z gracją w półcieniu rozglądając się ze szczytu swej eleganckiej szyjki. Fajniejsze były małpki bardzo hałaśliwe i rozskakane. Wszystkich ostrzegano by schować klucze, komórki i inne drobiazgi co mogą się małpkom spodobac.. . Noc spędziłam w jakimś schronisku młodzieżowym, czując się jak w polskich górach, tylko że w gronie backpackersów i surferów... Powrót przez kolejne przełęcze i długaśną, nieskazitelną autostradę i zasłużony odpoczynek na szerokiej plaży, pełnej słońca. Tylko, że do wody nie da się jednej stopy nawet włożyć taka zimna...

Wróciłam do domku z wielkim zadowoleniem. Jednak nie czuję się dobrze jak za długo nie widzę mojego statku. Łódka stoi sobie grzecznie na słupkach, posprzątana już i sucha. Czeka spokojnie na części i pewnie ona też już marzy by dalej płynąć...

Źródło informacji: NSRI, mantra28.pl

Przeczytaj informacje o zbliżonej tematyce
{mosloadposition taxonomy}
 

BEZPŁATNY MAGAZYN ŻEGLARSKI

Już nigdy nie przegapisz najważniejszych informacji ze świata żeglarstwa! Zapisz się na naszą listę newsletter a raz w tygodniu otrzymasz bezpłatny biuletyn z podsumowaniem aktualnych wydarzeń!

Zgodnie z ustawą o ochronie danych osobowych z 29 sierpnia 1997 roku (Dz. U. nr 133, poz. 883), wysłanie wypełnionego formularza oznacza zgodę użytkownika na gromadzenie, przetwarzanie i wykorzystywanie zawartych w formularzu informacji przez portal żeglarski sailnews.pl w celach statystycznych i marketingowych.